środa, 25 lutego 2015

Ziołowy Zakątek - Na uodpornienie



Ziołowy Zakątek


Sezon grypowy w pełni.
Jeśli zdołaliście przekonać się o tym na własnej skórze - współczuję i życzę zdrowia!
Ale będę na tyle miła, że podzielę się z Wami sposobami na podniesienie odporności i lepszą walkę z infekcjami. Rzecz jasna sposoby są domowe, z wykorzystaniem wszelkiej maści roślin, czyli naturalnego źródła witamin, minerałów i... antybiotyków.

U mnie też problematycznie, stąd ta pokusa i temat na blog...


Na uodpornienie



Zacznę od początku, czyli od soków, herbatek i naparów.


Czarny bez


Klasyka.
Na infekcje dolnych dróg oddechowych szczególnie. Wysoka zawartość witaminy C wspomaga pracę układu odpornościowego. 
Kwiaty czarnego bzu mają działanie moczopędne, napotne, przeciwgorączkowe, wykrztuśne oraz przeciwzapalnie (zastosowane zewnętrznie).
Owoce działają przeczyszczająco, napotnie, moczopędnie, przeciwgorączkowo, przeciwbólowo i odtruwająco.



Malina


Tej rośliny nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Sok z malin jest bezwzględną podstawą we wspomaganiu leczenia wszelkiej maści infekcji.
Owoce maja działanie napotne oraz wzmacniające, ze względu na dużą zawartość witamin.
Mało kto jednak wie, że dużo silniejsze działanie (i bardziej wszechstronne) mają liście tej rośliny, które działają moczopędnie, żółciopędnie, przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, ściągającą oraz w regulacji przemiany materii. 
Ponadto roślinę wykorzystuje się w leczeniu stanów gorączkowych.



Aronia


W zielarstwie szczególnie ceni się owoce aronii czarnej. Zarówno świeża, jak i suszona utrzymuje dużą ilość witamin (m. in. P i C) oraz składników mineralnych (potas, fosfor, wapń, magnez, żelazo, oraz inne w ilościach śladowych).

Poza działaniem stymulującym układ odpornościowym ma szereg innych zastosowań, w tym wspomaga pracę trzustki.



Lipa


W zielarstwie wykorzystuje się kwiatostan lipy. Napar z nich działa napotnie, przeciwgorączkowo, moczopędnie, sokopędnie, uspokajająco, przeciwskurczowo oraz łagodząco na objawy kaszlu.



Jeżówka


Generalne spotkać możemy przede wszystkim dwa gatunki lecznicze jeżówki: purpurową i wąskolistną. Dawniej była stosowana do leczenia ran i obniżania gorączki. Zawarta w jeżówce echinacea jest stosowana w walce z infekcjami bakteryjnymi i wirusowymi.









Herbatka uodparniająca


W sklepach zielarskich oraz w aptekach z preparatami eko można znaleźć magiczną serię "Dary Natury" (już gdzieś kiedyś o niej było). Herbatka uodparniająca to nic innego jak kora wierzby, owoc tarniny, bzu, kwiat ślazu, ziele krwawnika, jeżówki i tawuły zebrane razem. Ze względu na skład działa stymulująco na układ odpornościowy. Pomaga w walce z przeziębieniem, w leczeniu stanów zapalnych, zaburzeniach przewodu pokarmowego. Zawiera wiele cennych witamin oraz naturalne związki podobne do tych, jakie znajdują się w aspirynie. 



Bomba witaminowa



To kolejny gotowy miks witamin i mikroelementów potrzebnych do właściwego funkcjonowania naszych organizmów. W jej składzie znajdziemy: owoc dzikiej róży, owoc jabłka leśnego, tarniny, berberysu, bzu, jarzębiny, głogu, maliny, porzeczki czarnej, płatki róży oraz buraka ćwikłowego. 



Napar z lipy i maliny z żurawiną


Susz powyższych roślin, zalany wrzątkiem i parzony pod przykryciem jest stosowany w naszym domu w walce z grypą i przeziębieniem. Uderzeniowa dawka witaminy C w połączeniu z napotnym działaniem lipy.



Olejek czosnkowy


O tym, że czosnek jest zdrowy wie każdy. O tym, że to naturalny antybiotyk - również. My mamy dla niego jeszcze jedno zastosowanie - olejek rozgrzewający. Przyznam, że ten sekret poznałam dopiero niedawno, dzięki pewnej Przyjaznej Duszy, która wspomogła w ten sposób moje domowe leczenie.

Na patelni rozgrzewamy tłuszcz (olej, smalec, co używacie). 4-5 ząbków czosnku obieramy, tniemy na plasterki i złocimy na podgrzanym tłuszczu. Na koniec odsuwamy kawałki czosnku na bok, a pozostałym ciepłym olejem smarujemy klatkę piersiową, plecy i stopy. Owijamy się ciepło i czekamy na efekt (najlepiej robić to na noc).



Plasterki cytryny w skarpetach


Obok okładów i letnich kąpieli plastry cytryny w skarpetkach są kolejnym sposobem na gorączkę. Brzmi nieprawdopodobnie, jednak sposób jest skuteczny. Dlaczego? Otóż: owoce dzielą się chłodzące i rozgrzewające. Cytrusy (podobnie jak mięta) mają działanie chłodzące. Cytryna przecież też jest do tej kategorii należy. Z kolei na stopach jest bardzo delikatna skóra (nie na darmo mówi się, że przeziębienie łapie się od stóp [i głowy, ale w tym momencie to bez związku]). Chłodne kompresy też układa się na czole oraz delikatnej skórze karku, w zgięciu łokciowym, na dłoniach, brzuchu, pod kolanami i... na stopach. Ergo: cytryna chłodzi organizm w naturalny sposób obniżając temperaturę.



Imbir kandyzowany do ssania


Trik na bolące gardło. Imbir jest znaną rośliną leczniczą. W swoim składzie, poza witaminami (w tym witaminą C) zawiera peperynę. U nas stosowany jest jako dodatek do herbaty (surowy, tarty) oraz w postaci kandyzowanej. Ta ostatnia nie tylko nadaje się jako "słodzik" do herbaty, ale również jako środek walki z bólem gardła, o działaniu miejscowym. Kandyzowany imbir pod wpływem ssania uwalnia składniki lecznicze (w tym właśnie peperynę) wspomagając walkę organizmu z infekcją.

Oczywiście w walce z infekcją gardła i krtani są też inne zabiegi, jak płukanki (sól, soda, szałwia, rumianek) czy inhalacje (sól, soda, majeranek). Ze względu jednak na ich oczywistość nie będę ich już tutaj rozwlekać.




poniedziałek, 23 lutego 2015

Maslenica







Niby z wiekiem człowiek powinien być coraz mądrzejszy a jednak na każdym kroku przekonuję się, jak mało wiem. Szczególnie w kwestii tradycji i kultury.

Na szczęście w krytycznych chwilach zawsze można liczyć na rodzinę. Otóż nie wiem, czy wiecie, ale w minioną niedzielę (czyli raptem wczoraj) dobiegła końca Maslenica. Wiecie co to? No cóż, do niedawna i ja wcale taka mądra nie byłam. Oświeciła mnie dopiero moja cioteczna siostra, pochodząca z Pińska.


Maslenica


Otóż Maslenica ma korzenie jak najbardziej pogańskie. Był to świąteczny czas, związany z pożegnaniem zimy i powitaniem wiosny. Czas zabawy, jazdy saniami (kuligów), jazdy konnej, zabaw przy ogniu i... jedzenia blinów, których kształt i kolor ponoć miały przywodzić na myśl ciepło słońca.  

Maslenica pełniła rolę swego rodzaju Ostatków, z tym, że zabawa trwała tydzień i związana była pierwotnie z równonocą (przesileniem wiosennym). Po zaadoptowaniu jej przez prawosławie i przekształceniu w święto religijne, Maslenica jest obchodzona na siedem tygodni przed Wielkanocą. Z racji na swój charakter nazywana jest też "mięsopustem" lub "serowym tygodniem". W tym czasie mieszkańcy miast i wsi urządzają taneczne korowody wokół ognia i topią Marzannę. Aby wyzwolić się od wszelkich złych mocy, należy przynieść ze sobą stare szmaty i spalić w ognisku.

Maslenica świętowana była głównie na terenach Rusi, Białorusi i Ukrainy. Do dziś przetrwała jednak tylko w kulturze tych dwóch pierwszych.


Natchniona przez Siostrę również przygotowałam sobie namiastkę Maslenicy. Może nie są to typowe białoruskie bliny, ale naleśniki jak najbardziej. Grunt, że domownikom smakują;)




Z racji tego, że naleśniki są jedną z najbardziej podstawowych kulinarnych "atrakcji" nie będę tutaj przytaczać tego jakże skomplikowanego przepisu;)




P.S.

Dotarł dziś do mnie taki oto prezent:









Przyznaję, że mam nieliche zaległości i poza "Kiwonami" nic Dołęgi-Mostowicza nie czytałam... Już się cieszę na myśl o tej lekturze:)

wtorek, 17 lutego 2015

Anachronia w Labiryncie



W każdym niemalże miejscu, zdatnym do współczesnego życia, czy to miasto, wieś, czy miasteczko, znajdą się takie zakątki, które w różny sposób i w rozmaitym stopniu odbiegają od pospolitej codzienności. Takie miejsca mają różne charaktery. I bardzo dobrze, dzięki temu każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie. Ja dziś miałam szansę spędzić cudownie czas w klimatach "retro".


Labirynt



Jest w Łomży takie miejsce, w którym poza pysznym jedzeniem można miło spędzić czas w jakże przyjemnym otoczeniu!






"Labirynt" (dawniej "Załom") mieści się przy ul. Sikorskiego 345 (przy skrzyżowaniu z ul. Kierzkową). Stylizowany na stary wystrój sprawia, że wnętrze działa wyciszająco i odprężająco, a jednak zarazem pobudza wyobraźnię. We mnie powoduje napływ nowej energii i pomysłów na kolejne projekty.




Jeśli do tego dorzucimy jeszcze smaczne jedzenie (szczególnie wysokokaloryczny ale jednocześnie pyszny tort bezowy z malinami...), gorącą herbatę i miłą obsługę mamy w miarę pełny obraz tego miejsca. Aczkolwiek żeby być całkiem szczerą, nie wystarczy do labiryntu pójść raz. Nawet wielokrotny pobyt może obfitować w niespodzianki, zarówno na polu gastronomicznym, jak i wnętrzarskim. A sam Labirynt, jak i nazwa wskazuje, ma do zaoferowania wiele ciekawych zakamarków na przyjemne mniej lub bardziej kameralne spotkania.

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o tym miejscu, odwiedźcie stronę restauracji na fb (Labirynt).

niedziela, 15 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - "Pieszczoch" cz.2



Tym czasem nieco zaniedbałam się z "Pieszczochem"...
Rzecz jasna tylko na blogu, bo w domu rośnie już zaczyn 1.

O czym mówię?
Zaraz się dowiecie:

"Pieszczoch"

Pamiętajcie, że to przepis ze strony Wielkie Żarcie (tu), z pewnymi modyfikacjami. 


Zaczyn 1 - żytni

czas: 6-24 godz. w zależności od aktywności zakwasu

składniki:
100 g. zakwasu
200 g. mąki żytniej
200 g. wody

Składniki zaczynu mieszamy. Zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, na 6 - 24 godzin, w zależności siły zakwasu. Powinien podwoić swoją objętość. Gdy zacznie rosnąć - mieszamy, że go "odparować". Gotowy zaczyn 1, podobnie jak zakwas, możemy przechowywać w lodówce i dokarmiać mąką i wodą.


Zaczyn 2 - pszenno-żytni

czas: ok. 4 godzin
otrzymujemy ok. 300 g. Zaczynu 2 z jednej porcji

składniki:
110 g. gęstego Zaczynu 1
130 g. mąki pszennej
30-60 g. wody

Składniki Zaczynu mieszamy, odstawiamy do przefermentowania na co najmniej 4 godziny, do podwojenia objętości. Jeśli to się nie stanie, wstawiamy Zaczyn 2 na noc do lodówki. W takiej sytuacji wyjmujemy na godzinę przed dodaniem do ciasta.

Ciasto

(ok.1300 g.)
300 g. Zaczynu 2
400 g mąki pszennej (typ 550)
200 g. mąki żytniej (typ 1400)
sól - 2 łyżeczki
360-420 g letniej wody

Mąkę zmieszać z wodą i odstawić na 20 minut. 
Dodać cały Zaczyn 2 oraz sól. Wyrabiać kilka minut, odstawić na 10 min., znowu kilka minut wyrabiać. Odstawić na 1-3 godz. Można w międzyczasie odgazować. Ciasto powinno podwoić objętość. 
Po tym czasie wyłożyć ciasto na oprószoną mąką stolnicę, odgazować, podzielić na 2 części i każdy placek wyrabiać, nakładając brzegi na siebie. Włożyć do forem nasmarowanych lekko olejem i odstawić na 2-4 godzin.
Piekarnik nagrzać do 250 stopni.
Piec 15 minut w temp. 250 st., potem zmniejszamy grzanie do 200 stopni i kontynuujemy do zbrązowienia skórki.

Tak na prawdę do chleba można dodawać różne rodzaje i typy mąk: orkiszową, żytnią, żytnią razową, pszenną razową, gryczaną, owsianą... Wedle upodobania. Do ciasta i posypania na wierzchu można użyć ziaren, takich jak: słonecznik, dynia, siemię lniane, czarnuszka czy sezam. Co kto lubi!
Uruchomcie wyobraźnię - pieczenie chleba może być fajną zabawą;)

Smacznego!

Serce matki





Sobotni wieczór do najłatwiejszych nie należał... A wszystko za sprawą książki, którą już tu jakiś czas temu przedstawiałam. Z racji tego, że ostatnio poświęcałam czas większej ilości spraw różnych (w tym także lekturom z rozmaitych dziedzin), wczoraj dopiero doczytałam ostatnie dwa rozdziały "Upadłych dam...".





To sobie wybrałam lekturę "do poduszki"!...
Otóż tak się złożyło, że akurat trafiłam na "Zabójczynię małej Zosi". Z przyczyn różnych akurat tematyka śmierci dzieci od zawsze szczególnie mnie poruszała (i nie tylko dlatego, że sama dziecko straciłam). Po prostu generalnie rzecz ujmując każde cierpienia dzieci uważam za wybitnie niesprawiedliwe. A mordowanie już w ogóle przechodzi moje rozumienie...

Tutaj mamy do czynienia z bestialskim mordem matki na dwunastoletniej córce. No niby powinnam się uodpornić: co chwila media huczą o współczesnych sprawach tego pokroju (dzieciobójstwo w Hipolitowie, czy sprawa małej Madzi z Krakowa), ale nie umiem. W przypadku "Zabójczyni małej Zosi" mamy dosyć precyzyjny opis zdarzeń ze zdjęciami (w tym zwłok) włącznie. Przy mojej plastycznej wyobraźni i dobrej pamięci do traumatycznych wydarzeń, mam przechlapane na najbliższe miesiące. Co najmniej, albowiem "H.M.S. Ulisses" prześladuje mnie do tej pory, lat już... Prawie 20 (!)

Niemniej wcale nie twierdzę, że książki nie warto przeczytać! Warto! Jest na prawdę lekka w czytaniu i wciągająca. Można wczuć się w atmosferę tamtych wydarzeń i niczym w powieści kryminalnej śledzić rozwój wypadków. Do pełni "szczęścia" brakowało tylko słynnej Rity Gorgonowej, co prawda wspominanej kilkakrotnie, ale bez szczegółów. Dla chętnych:  Gorgonowa oraz Gorgonicha. Nie polecam lektury wrażliwszym czytelnikom.

Oceniając w skrócie książkę powiem tyle: warto ją przeczytać. Czasy się zmieniają, ale to tylko pozory. Zmienia się moda i "zewnętrzna otoczka". Ludzie w środku pozostają tacy sami. Mają takie same grzechy na sumieniu niezależnie od tego, ile dziesięcioleci ich dzieli.


Serce matki



Na szczęście telewizja zafundowała mi w dniu dzisiejszym swoistą odtrutkę na wieczorny szok czytelniczy. Dzięki zrządzeniu losu obejrzałam (nie pierwszy już raz) "Serce matki" z 1938 r. Jakie to dwa bieguny! Niby historie "książkowej" Zosi i filmowej Krysi są z tego samego okresu a jednak jak różne w wymiarze emocjonalnym!... Filmowa opowieść, niby nieco naiwna, ale jednak przyjemna w odbiorze. Sama wracałam do niej już kilkakrotnie.

Jeśli ktoś nie zna, to na jednym z portali filmowych (nitrofilm.pl) można przeczytać:
"Nauczycielka Maria przeżywa burzliwy romans ze spotkanym na wczasach lekarzem Wiesławem. W chwili, kiedy ma zostać matką jego dziecka, dowiaduje się, że jest on mężem jej serdecznej przyjaciółki Elżbiety. Aby uniknąć skandalu, zgadza się, aby jej córeczkę Krysię wychowywali Elżbieta i Wiesław, ci jednak postanawiają, że Maria nie może mieć z nią kontaktu. Dla Marii zaczynają się lata udręki. Nieraz potajemnie, z daleka obserwuje Krysię (...)". Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak się kończy ta historia musicie obejrzeć film. W rolach głównych zobaczycie: Stanisławę Angel-Engelównę (znaną również z "Wrzosu") jako Marię, Kazimierza Wilamowskiego jako Wiesława Borzęckiego i Irenę Malkiewicz-Domańską jako Elżbietę Borzęcką.

Czy warto obejrzeć ten film? Sprawdźcie.


sobota, 14 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - "Orzechowiec"




Sobotni poranek, dla niektórych święto, "Walentynki". Cokolwiek o nich sądzić - ja nie świętuję. Mimo "posiadania na stanie" osobnika "od serca" jakoś nigdy specjalnie za tym "świętem" nie przepadałam. Szczególnie, że nie jest "nasze", tylko takie nabyte. No, ale co kto lubi. Samo w sobie może i przyjemne. W moim odczuciu takie trochę naciągane i komercyjne. Ale już ciii...

To, co widzicie na zdjęciu, możecie uznać za walentynkowe szaleństwo, osłodę życia etc. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej prozaiczna: ze względu na zbliżającą się inną, bardziej już prywatną uroczystość oraz na osłodę studenckiego życia na ostatnim w tym semestrze zjeździe, pokusiłam się o taki oto wypiek: słodycz śpiewa i tańczy. Ciasto jest słodkie i zdecydowanie kaloryczne. Ale, jeśli ktoś byłby chętny podam Wam przepis.


Orzechowiec


Przepis jest oczywiście domowy a samo ciasto cieszy się niegasnącą popularnością wśród moich Przyjaciół i Znajomych (pisownia nie przypadkowa). Tak na prawdę powinno się nazywać: Ciasto miodowo-orzechowe, a w tym wypadku nawet miodowo-migdałowe. Ot, taka "wariacja na temat".
A teraz przepis:


Orzechowiec

składniki (ciasto):
40 dag mąki
30 dag cukru pudru
5 dag masła
2 jaja
3 łyżki miodu naturalnego
1/2 szkl. mleka
proszek do pieczenia (na 1/2 kg. mąki)

Rozpuścić masło z miodem i cukrem. Jajka roztrzepać w mleku. Składniki połączyć. Wymieszać z mąką i proszkiem do pieczenia. Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni, ok. 30 min. (sprawdzać patyczkiem).

składniki (krem):
puszka mleka skondensowanego słodzonego (lub kajmak hand made z mleka i cukru)
2-3 dag masła

Ugotować nugat (lub kajmak jak ktoś woli). Ja gotuję ok. 2 godzin. Kajmak domowej roboty z mleka i cukru zajmuje podobną ilość czasu, więc spokojnie możecie się pokusić, jeśli macie ochotę się "pobawić". 
Ugotowany nugat ostudzić. Wmiksować do niego masło (musi być w temperaturze pokojowej, żeby krem się nie zważył). Za duża ilość masła z kolei może poskutkować tym, że krem będzie się "mazał".
Do kremu dodać orzechy, migdały lub co kto lubi. Ja dodawałam orzechy włoskie, ziemne a teraz migdały.

Ciasto przekroić na dwa blaty, posmarować w środku i na wierzchu kremem.
Smacznego!

piątek, 13 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - Faworki




Tłusty Czwartek


"Powiedział nam Bartek,
że dziś Tłusty Czwartek,
a Bartkowa uwierzyła
i mu pączków nasmażyła."



Tyle k woli wstępu a teraz rachunek sumienia, albowiem Tłusty Czwartek to nie dziś, a wczoraj. Niemniej warto poświęcić mu kilka słów:

Tłusty Czwartek jest dla Chrześcijan ostatnim czwartkiem przed Wielkim Postem. W tym dniu na stołach królują pączki i faworki, zwane też chrustem lub chruścikami. U mnie w domu zwykło się używać określenia faworki, dlatego też będzie się ono przewijało dalej.

Wracając do tematu: nie wiem, czy wiecie, ale samo święto ma swoje korzenie w głębokiej starożytności. Nie nie, dinozaurów już wtedy nie było i - uprzedzając Wasze pytania - ja też tych czasów nie pamiętam. Niemniej dawno temu "tłustym dniem" Rzymianie żegnali odchodzącą zimę a witali nadchodzącą wiosnę. Jedli wtedy - delikatnie mówiąc - wysokokaloryczne potrawy, składające się w głównej mierze z tłustego mięsiwa i popijali je hektolitrami wina. Podobno początkowo pączki robiono z ciasta chlebowego i nadziewano słoniną. 

Zwyczaj ten zaadoptowano na potrzeby Chrześcijaństwa i w ten sposób pojawił się w Polsce. W XVI wieku pojawiły się pączki w wersji słodkiej, które z czasem całkowicie wyparły mięsne. Początkowo jednak różniły się one od tych dzisiejszych, albowiem zamiast nadzienia miały w środku orzech lub migdał. Jak łatwo można się domyślić: komu trafiło się ciastko z takim bonusem mógł liczyć na szczęście i dobrobyt w nadchodzącym roku.



Faworki



Drugie obok pączków są faworki. Ten specjał ma korzenie polsko - litewskie, znany jest też w Niemczech. Te chrupkie ciasteczka mają zazwyczaj kształt złożonej kokardy i posypane są cukrem pudrem. Osobiście nie wyobrażam sobie Tłustego Czwartku bez nich. Przede wszystkim to, co je wyróżnia, to fakt, że spożywane są głównie w czasie karnawału, w Tłusty Czwartek i ostatki. Pączki natomiast mogą są spożywane cały rok bez ograniczeń i w różnych wariantach smakowych. I są ogólnoświatowe, nie tak "niszowe", jak faworki.

Tym sposobem dochodzimy do sedna. Przekażę Wam przepis na faworki mojej Mamy:


Faworki

składniki:
(porcja na 4 kopiaste talerze)

7 żółtek
1 jajko
1 płaska łyżeczka cukru
1 płaska łyżeczka masła
1 łyżka spirytusu (lub octu 10%)
20 dag śmietany (kwaśnej)
ok. 4 szkl. mąki

Ciasto trzeba wymieszać i utłuc. Ma być twarde ale bardzo dobrze wyrobione. 
Odcinać po kawałku i wałkować cieniutkie placuszki, które następnie kroi się w paski i skręca w charakterystyczne kokardki.
Smażyć krótko, do zrumienienia.
Smacznego!