środa, 25 lutego 2015

Ziołowy Zakątek - Na uodpornienie



Ziołowy Zakątek


Sezon grypowy w pełni.
Jeśli zdołaliście przekonać się o tym na własnej skórze - współczuję i życzę zdrowia!
Ale będę na tyle miła, że podzielę się z Wami sposobami na podniesienie odporności i lepszą walkę z infekcjami. Rzecz jasna sposoby są domowe, z wykorzystaniem wszelkiej maści roślin, czyli naturalnego źródła witamin, minerałów i... antybiotyków.

U mnie też problematycznie, stąd ta pokusa i temat na blog...


Na uodpornienie



Zacznę od początku, czyli od soków, herbatek i naparów.


Czarny bez


Klasyka.
Na infekcje dolnych dróg oddechowych szczególnie. Wysoka zawartość witaminy C wspomaga pracę układu odpornościowego. 
Kwiaty czarnego bzu mają działanie moczopędne, napotne, przeciwgorączkowe, wykrztuśne oraz przeciwzapalnie (zastosowane zewnętrznie).
Owoce działają przeczyszczająco, napotnie, moczopędnie, przeciwgorączkowo, przeciwbólowo i odtruwająco.



Malina


Tej rośliny nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Sok z malin jest bezwzględną podstawą we wspomaganiu leczenia wszelkiej maści infekcji.
Owoce maja działanie napotne oraz wzmacniające, ze względu na dużą zawartość witamin.
Mało kto jednak wie, że dużo silniejsze działanie (i bardziej wszechstronne) mają liście tej rośliny, które działają moczopędnie, żółciopędnie, przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, ściągającą oraz w regulacji przemiany materii. 
Ponadto roślinę wykorzystuje się w leczeniu stanów gorączkowych.



Aronia


W zielarstwie szczególnie ceni się owoce aronii czarnej. Zarówno świeża, jak i suszona utrzymuje dużą ilość witamin (m. in. P i C) oraz składników mineralnych (potas, fosfor, wapń, magnez, żelazo, oraz inne w ilościach śladowych).

Poza działaniem stymulującym układ odpornościowym ma szereg innych zastosowań, w tym wspomaga pracę trzustki.



Lipa


W zielarstwie wykorzystuje się kwiatostan lipy. Napar z nich działa napotnie, przeciwgorączkowo, moczopędnie, sokopędnie, uspokajająco, przeciwskurczowo oraz łagodząco na objawy kaszlu.



Jeżówka


Generalne spotkać możemy przede wszystkim dwa gatunki lecznicze jeżówki: purpurową i wąskolistną. Dawniej była stosowana do leczenia ran i obniżania gorączki. Zawarta w jeżówce echinacea jest stosowana w walce z infekcjami bakteryjnymi i wirusowymi.









Herbatka uodparniająca


W sklepach zielarskich oraz w aptekach z preparatami eko można znaleźć magiczną serię "Dary Natury" (już gdzieś kiedyś o niej było). Herbatka uodparniająca to nic innego jak kora wierzby, owoc tarniny, bzu, kwiat ślazu, ziele krwawnika, jeżówki i tawuły zebrane razem. Ze względu na skład działa stymulująco na układ odpornościowy. Pomaga w walce z przeziębieniem, w leczeniu stanów zapalnych, zaburzeniach przewodu pokarmowego. Zawiera wiele cennych witamin oraz naturalne związki podobne do tych, jakie znajdują się w aspirynie. 



Bomba witaminowa



To kolejny gotowy miks witamin i mikroelementów potrzebnych do właściwego funkcjonowania naszych organizmów. W jej składzie znajdziemy: owoc dzikiej róży, owoc jabłka leśnego, tarniny, berberysu, bzu, jarzębiny, głogu, maliny, porzeczki czarnej, płatki róży oraz buraka ćwikłowego. 



Napar z lipy i maliny z żurawiną


Susz powyższych roślin, zalany wrzątkiem i parzony pod przykryciem jest stosowany w naszym domu w walce z grypą i przeziębieniem. Uderzeniowa dawka witaminy C w połączeniu z napotnym działaniem lipy.



Olejek czosnkowy


O tym, że czosnek jest zdrowy wie każdy. O tym, że to naturalny antybiotyk - również. My mamy dla niego jeszcze jedno zastosowanie - olejek rozgrzewający. Przyznam, że ten sekret poznałam dopiero niedawno, dzięki pewnej Przyjaznej Duszy, która wspomogła w ten sposób moje domowe leczenie.

Na patelni rozgrzewamy tłuszcz (olej, smalec, co używacie). 4-5 ząbków czosnku obieramy, tniemy na plasterki i złocimy na podgrzanym tłuszczu. Na koniec odsuwamy kawałki czosnku na bok, a pozostałym ciepłym olejem smarujemy klatkę piersiową, plecy i stopy. Owijamy się ciepło i czekamy na efekt (najlepiej robić to na noc).



Plasterki cytryny w skarpetach


Obok okładów i letnich kąpieli plastry cytryny w skarpetkach są kolejnym sposobem na gorączkę. Brzmi nieprawdopodobnie, jednak sposób jest skuteczny. Dlaczego? Otóż: owoce dzielą się chłodzące i rozgrzewające. Cytrusy (podobnie jak mięta) mają działanie chłodzące. Cytryna przecież też jest do tej kategorii należy. Z kolei na stopach jest bardzo delikatna skóra (nie na darmo mówi się, że przeziębienie łapie się od stóp [i głowy, ale w tym momencie to bez związku]). Chłodne kompresy też układa się na czole oraz delikatnej skórze karku, w zgięciu łokciowym, na dłoniach, brzuchu, pod kolanami i... na stopach. Ergo: cytryna chłodzi organizm w naturalny sposób obniżając temperaturę.



Imbir kandyzowany do ssania


Trik na bolące gardło. Imbir jest znaną rośliną leczniczą. W swoim składzie, poza witaminami (w tym witaminą C) zawiera peperynę. U nas stosowany jest jako dodatek do herbaty (surowy, tarty) oraz w postaci kandyzowanej. Ta ostatnia nie tylko nadaje się jako "słodzik" do herbaty, ale również jako środek walki z bólem gardła, o działaniu miejscowym. Kandyzowany imbir pod wpływem ssania uwalnia składniki lecznicze (w tym właśnie peperynę) wspomagając walkę organizmu z infekcją.

Oczywiście w walce z infekcją gardła i krtani są też inne zabiegi, jak płukanki (sól, soda, szałwia, rumianek) czy inhalacje (sól, soda, majeranek). Ze względu jednak na ich oczywistość nie będę ich już tutaj rozwlekać.




poniedziałek, 23 lutego 2015

Maslenica







Niby z wiekiem człowiek powinien być coraz mądrzejszy a jednak na każdym kroku przekonuję się, jak mało wiem. Szczególnie w kwestii tradycji i kultury.

Na szczęście w krytycznych chwilach zawsze można liczyć na rodzinę. Otóż nie wiem, czy wiecie, ale w minioną niedzielę (czyli raptem wczoraj) dobiegła końca Maslenica. Wiecie co to? No cóż, do niedawna i ja wcale taka mądra nie byłam. Oświeciła mnie dopiero moja cioteczna siostra, pochodząca z Pińska.


Maslenica


Otóż Maslenica ma korzenie jak najbardziej pogańskie. Był to świąteczny czas, związany z pożegnaniem zimy i powitaniem wiosny. Czas zabawy, jazdy saniami (kuligów), jazdy konnej, zabaw przy ogniu i... jedzenia blinów, których kształt i kolor ponoć miały przywodzić na myśl ciepło słońca.  

Maslenica pełniła rolę swego rodzaju Ostatków, z tym, że zabawa trwała tydzień i związana była pierwotnie z równonocą (przesileniem wiosennym). Po zaadoptowaniu jej przez prawosławie i przekształceniu w święto religijne, Maslenica jest obchodzona na siedem tygodni przed Wielkanocą. Z racji na swój charakter nazywana jest też "mięsopustem" lub "serowym tygodniem". W tym czasie mieszkańcy miast i wsi urządzają taneczne korowody wokół ognia i topią Marzannę. Aby wyzwolić się od wszelkich złych mocy, należy przynieść ze sobą stare szmaty i spalić w ognisku.

Maslenica świętowana była głównie na terenach Rusi, Białorusi i Ukrainy. Do dziś przetrwała jednak tylko w kulturze tych dwóch pierwszych.


Natchniona przez Siostrę również przygotowałam sobie namiastkę Maslenicy. Może nie są to typowe białoruskie bliny, ale naleśniki jak najbardziej. Grunt, że domownikom smakują;)




Z racji tego, że naleśniki są jedną z najbardziej podstawowych kulinarnych "atrakcji" nie będę tutaj przytaczać tego jakże skomplikowanego przepisu;)




P.S.

Dotarł dziś do mnie taki oto prezent:









Przyznaję, że mam nieliche zaległości i poza "Kiwonami" nic Dołęgi-Mostowicza nie czytałam... Już się cieszę na myśl o tej lekturze:)

wtorek, 17 lutego 2015

Anachronia w Labiryncie



W każdym niemalże miejscu, zdatnym do współczesnego życia, czy to miasto, wieś, czy miasteczko, znajdą się takie zakątki, które w różny sposób i w rozmaitym stopniu odbiegają od pospolitej codzienności. Takie miejsca mają różne charaktery. I bardzo dobrze, dzięki temu każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie. Ja dziś miałam szansę spędzić cudownie czas w klimatach "retro".


Labirynt



Jest w Łomży takie miejsce, w którym poza pysznym jedzeniem można miło spędzić czas w jakże przyjemnym otoczeniu!






"Labirynt" (dawniej "Załom") mieści się przy ul. Sikorskiego 345 (przy skrzyżowaniu z ul. Kierzkową). Stylizowany na stary wystrój sprawia, że wnętrze działa wyciszająco i odprężająco, a jednak zarazem pobudza wyobraźnię. We mnie powoduje napływ nowej energii i pomysłów na kolejne projekty.




Jeśli do tego dorzucimy jeszcze smaczne jedzenie (szczególnie wysokokaloryczny ale jednocześnie pyszny tort bezowy z malinami...), gorącą herbatę i miłą obsługę mamy w miarę pełny obraz tego miejsca. Aczkolwiek żeby być całkiem szczerą, nie wystarczy do labiryntu pójść raz. Nawet wielokrotny pobyt może obfitować w niespodzianki, zarówno na polu gastronomicznym, jak i wnętrzarskim. A sam Labirynt, jak i nazwa wskazuje, ma do zaoferowania wiele ciekawych zakamarków na przyjemne mniej lub bardziej kameralne spotkania.

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o tym miejscu, odwiedźcie stronę restauracji na fb (Labirynt).

niedziela, 15 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - "Pieszczoch" cz.2



Tym czasem nieco zaniedbałam się z "Pieszczochem"...
Rzecz jasna tylko na blogu, bo w domu rośnie już zaczyn 1.

O czym mówię?
Zaraz się dowiecie:

"Pieszczoch"

Pamiętajcie, że to przepis ze strony Wielkie Żarcie (tu), z pewnymi modyfikacjami. 


Zaczyn 1 - żytni

czas: 6-24 godz. w zależności od aktywności zakwasu

składniki:
100 g. zakwasu
200 g. mąki żytniej
200 g. wody

Składniki zaczynu mieszamy. Zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, na 6 - 24 godzin, w zależności siły zakwasu. Powinien podwoić swoją objętość. Gdy zacznie rosnąć - mieszamy, że go "odparować". Gotowy zaczyn 1, podobnie jak zakwas, możemy przechowywać w lodówce i dokarmiać mąką i wodą.


Zaczyn 2 - pszenno-żytni

czas: ok. 4 godzin
otrzymujemy ok. 300 g. Zaczynu 2 z jednej porcji

składniki:
110 g. gęstego Zaczynu 1
130 g. mąki pszennej
30-60 g. wody

Składniki Zaczynu mieszamy, odstawiamy do przefermentowania na co najmniej 4 godziny, do podwojenia objętości. Jeśli to się nie stanie, wstawiamy Zaczyn 2 na noc do lodówki. W takiej sytuacji wyjmujemy na godzinę przed dodaniem do ciasta.

Ciasto

(ok.1300 g.)
300 g. Zaczynu 2
400 g mąki pszennej (typ 550)
200 g. mąki żytniej (typ 1400)
sól - 2 łyżeczki
360-420 g letniej wody

Mąkę zmieszać z wodą i odstawić na 20 minut. 
Dodać cały Zaczyn 2 oraz sól. Wyrabiać kilka minut, odstawić na 10 min., znowu kilka minut wyrabiać. Odstawić na 1-3 godz. Można w międzyczasie odgazować. Ciasto powinno podwoić objętość. 
Po tym czasie wyłożyć ciasto na oprószoną mąką stolnicę, odgazować, podzielić na 2 części i każdy placek wyrabiać, nakładając brzegi na siebie. Włożyć do forem nasmarowanych lekko olejem i odstawić na 2-4 godzin.
Piekarnik nagrzać do 250 stopni.
Piec 15 minut w temp. 250 st., potem zmniejszamy grzanie do 200 stopni i kontynuujemy do zbrązowienia skórki.

Tak na prawdę do chleba można dodawać różne rodzaje i typy mąk: orkiszową, żytnią, żytnią razową, pszenną razową, gryczaną, owsianą... Wedle upodobania. Do ciasta i posypania na wierzchu można użyć ziaren, takich jak: słonecznik, dynia, siemię lniane, czarnuszka czy sezam. Co kto lubi!
Uruchomcie wyobraźnię - pieczenie chleba może być fajną zabawą;)

Smacznego!

Serce matki





Sobotni wieczór do najłatwiejszych nie należał... A wszystko za sprawą książki, którą już tu jakiś czas temu przedstawiałam. Z racji tego, że ostatnio poświęcałam czas większej ilości spraw różnych (w tym także lekturom z rozmaitych dziedzin), wczoraj dopiero doczytałam ostatnie dwa rozdziały "Upadłych dam...".





To sobie wybrałam lekturę "do poduszki"!...
Otóż tak się złożyło, że akurat trafiłam na "Zabójczynię małej Zosi". Z przyczyn różnych akurat tematyka śmierci dzieci od zawsze szczególnie mnie poruszała (i nie tylko dlatego, że sama dziecko straciłam). Po prostu generalnie rzecz ujmując każde cierpienia dzieci uważam za wybitnie niesprawiedliwe. A mordowanie już w ogóle przechodzi moje rozumienie...

Tutaj mamy do czynienia z bestialskim mordem matki na dwunastoletniej córce. No niby powinnam się uodpornić: co chwila media huczą o współczesnych sprawach tego pokroju (dzieciobójstwo w Hipolitowie, czy sprawa małej Madzi z Krakowa), ale nie umiem. W przypadku "Zabójczyni małej Zosi" mamy dosyć precyzyjny opis zdarzeń ze zdjęciami (w tym zwłok) włącznie. Przy mojej plastycznej wyobraźni i dobrej pamięci do traumatycznych wydarzeń, mam przechlapane na najbliższe miesiące. Co najmniej, albowiem "H.M.S. Ulisses" prześladuje mnie do tej pory, lat już... Prawie 20 (!)

Niemniej wcale nie twierdzę, że książki nie warto przeczytać! Warto! Jest na prawdę lekka w czytaniu i wciągająca. Można wczuć się w atmosferę tamtych wydarzeń i niczym w powieści kryminalnej śledzić rozwój wypadków. Do pełni "szczęścia" brakowało tylko słynnej Rity Gorgonowej, co prawda wspominanej kilkakrotnie, ale bez szczegółów. Dla chętnych:  Gorgonowa oraz Gorgonicha. Nie polecam lektury wrażliwszym czytelnikom.

Oceniając w skrócie książkę powiem tyle: warto ją przeczytać. Czasy się zmieniają, ale to tylko pozory. Zmienia się moda i "zewnętrzna otoczka". Ludzie w środku pozostają tacy sami. Mają takie same grzechy na sumieniu niezależnie od tego, ile dziesięcioleci ich dzieli.


Serce matki



Na szczęście telewizja zafundowała mi w dniu dzisiejszym swoistą odtrutkę na wieczorny szok czytelniczy. Dzięki zrządzeniu losu obejrzałam (nie pierwszy już raz) "Serce matki" z 1938 r. Jakie to dwa bieguny! Niby historie "książkowej" Zosi i filmowej Krysi są z tego samego okresu a jednak jak różne w wymiarze emocjonalnym!... Filmowa opowieść, niby nieco naiwna, ale jednak przyjemna w odbiorze. Sama wracałam do niej już kilkakrotnie.

Jeśli ktoś nie zna, to na jednym z portali filmowych (nitrofilm.pl) można przeczytać:
"Nauczycielka Maria przeżywa burzliwy romans ze spotkanym na wczasach lekarzem Wiesławem. W chwili, kiedy ma zostać matką jego dziecka, dowiaduje się, że jest on mężem jej serdecznej przyjaciółki Elżbiety. Aby uniknąć skandalu, zgadza się, aby jej córeczkę Krysię wychowywali Elżbieta i Wiesław, ci jednak postanawiają, że Maria nie może mieć z nią kontaktu. Dla Marii zaczynają się lata udręki. Nieraz potajemnie, z daleka obserwuje Krysię (...)". Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak się kończy ta historia musicie obejrzeć film. W rolach głównych zobaczycie: Stanisławę Angel-Engelównę (znaną również z "Wrzosu") jako Marię, Kazimierza Wilamowskiego jako Wiesława Borzęckiego i Irenę Malkiewicz-Domańską jako Elżbietę Borzęcką.

Czy warto obejrzeć ten film? Sprawdźcie.


sobota, 14 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - "Orzechowiec"




Sobotni poranek, dla niektórych święto, "Walentynki". Cokolwiek o nich sądzić - ja nie świętuję. Mimo "posiadania na stanie" osobnika "od serca" jakoś nigdy specjalnie za tym "świętem" nie przepadałam. Szczególnie, że nie jest "nasze", tylko takie nabyte. No, ale co kto lubi. Samo w sobie może i przyjemne. W moim odczuciu takie trochę naciągane i komercyjne. Ale już ciii...

To, co widzicie na zdjęciu, możecie uznać za walentynkowe szaleństwo, osłodę życia etc. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej prozaiczna: ze względu na zbliżającą się inną, bardziej już prywatną uroczystość oraz na osłodę studenckiego życia na ostatnim w tym semestrze zjeździe, pokusiłam się o taki oto wypiek: słodycz śpiewa i tańczy. Ciasto jest słodkie i zdecydowanie kaloryczne. Ale, jeśli ktoś byłby chętny podam Wam przepis.


Orzechowiec


Przepis jest oczywiście domowy a samo ciasto cieszy się niegasnącą popularnością wśród moich Przyjaciół i Znajomych (pisownia nie przypadkowa). Tak na prawdę powinno się nazywać: Ciasto miodowo-orzechowe, a w tym wypadku nawet miodowo-migdałowe. Ot, taka "wariacja na temat".
A teraz przepis:


Orzechowiec

składniki (ciasto):
40 dag mąki
30 dag cukru pudru
5 dag masła
2 jaja
3 łyżki miodu naturalnego
1/2 szkl. mleka
proszek do pieczenia (na 1/2 kg. mąki)

Rozpuścić masło z miodem i cukrem. Jajka roztrzepać w mleku. Składniki połączyć. Wymieszać z mąką i proszkiem do pieczenia. Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni, ok. 30 min. (sprawdzać patyczkiem).

składniki (krem):
puszka mleka skondensowanego słodzonego (lub kajmak hand made z mleka i cukru)
2-3 dag masła

Ugotować nugat (lub kajmak jak ktoś woli). Ja gotuję ok. 2 godzin. Kajmak domowej roboty z mleka i cukru zajmuje podobną ilość czasu, więc spokojnie możecie się pokusić, jeśli macie ochotę się "pobawić". 
Ugotowany nugat ostudzić. Wmiksować do niego masło (musi być w temperaturze pokojowej, żeby krem się nie zważył). Za duża ilość masła z kolei może poskutkować tym, że krem będzie się "mazał".
Do kremu dodać orzechy, migdały lub co kto lubi. Ja dodawałam orzechy włoskie, ziemne a teraz migdały.

Ciasto przekroić na dwa blaty, posmarować w środku i na wierzchu kremem.
Smacznego!

piątek, 13 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - Faworki




Tłusty Czwartek


"Powiedział nam Bartek,
że dziś Tłusty Czwartek,
a Bartkowa uwierzyła
i mu pączków nasmażyła."



Tyle k woli wstępu a teraz rachunek sumienia, albowiem Tłusty Czwartek to nie dziś, a wczoraj. Niemniej warto poświęcić mu kilka słów:

Tłusty Czwartek jest dla Chrześcijan ostatnim czwartkiem przed Wielkim Postem. W tym dniu na stołach królują pączki i faworki, zwane też chrustem lub chruścikami. U mnie w domu zwykło się używać określenia faworki, dlatego też będzie się ono przewijało dalej.

Wracając do tematu: nie wiem, czy wiecie, ale samo święto ma swoje korzenie w głębokiej starożytności. Nie nie, dinozaurów już wtedy nie było i - uprzedzając Wasze pytania - ja też tych czasów nie pamiętam. Niemniej dawno temu "tłustym dniem" Rzymianie żegnali odchodzącą zimę a witali nadchodzącą wiosnę. Jedli wtedy - delikatnie mówiąc - wysokokaloryczne potrawy, składające się w głównej mierze z tłustego mięsiwa i popijali je hektolitrami wina. Podobno początkowo pączki robiono z ciasta chlebowego i nadziewano słoniną. 

Zwyczaj ten zaadoptowano na potrzeby Chrześcijaństwa i w ten sposób pojawił się w Polsce. W XVI wieku pojawiły się pączki w wersji słodkiej, które z czasem całkowicie wyparły mięsne. Początkowo jednak różniły się one od tych dzisiejszych, albowiem zamiast nadzienia miały w środku orzech lub migdał. Jak łatwo można się domyślić: komu trafiło się ciastko z takim bonusem mógł liczyć na szczęście i dobrobyt w nadchodzącym roku.



Faworki



Drugie obok pączków są faworki. Ten specjał ma korzenie polsko - litewskie, znany jest też w Niemczech. Te chrupkie ciasteczka mają zazwyczaj kształt złożonej kokardy i posypane są cukrem pudrem. Osobiście nie wyobrażam sobie Tłustego Czwartku bez nich. Przede wszystkim to, co je wyróżnia, to fakt, że spożywane są głównie w czasie karnawału, w Tłusty Czwartek i ostatki. Pączki natomiast mogą są spożywane cały rok bez ograniczeń i w różnych wariantach smakowych. I są ogólnoświatowe, nie tak "niszowe", jak faworki.

Tym sposobem dochodzimy do sedna. Przekażę Wam przepis na faworki mojej Mamy:


Faworki

składniki:
(porcja na 4 kopiaste talerze)

7 żółtek
1 jajko
1 płaska łyżeczka cukru
1 płaska łyżeczka masła
1 łyżka spirytusu (lub octu 10%)
20 dag śmietany (kwaśnej)
ok. 4 szkl. mąki

Ciasto trzeba wymieszać i utłuc. Ma być twarde ale bardzo dobrze wyrobione. 
Odcinać po kawałku i wałkować cieniutkie placuszki, które następnie kroi się w paski i skręca w charakterystyczne kokardki.
Smażyć krótko, do zrumienienia.
Smacznego!




czwartek, 12 lutego 2015

W poszukiwaniu inspiracji






Wiedza tajemna



Przeglądając różne źródła internetowe w poszukiwaniu inspiracji wszelakich (opcje: dom, ogród, kulinaria, kultura i sztuka, moda i uroda) dochodzę do wniosku, że chyba nie mam pojęcia o historii, zwłaszcza w tym ostatnim temacie. Szczególnie zaś o strojach charakterystycznych dla danego okresu. Najbardziej rażące w tym zakresie są niektóre "fanpejdże" (borze szumiący, jak to brzmi!...) na facebook'u. Przewijająca się monochromatyczność, szczególnie w temacie pin-up'u, bez polotu i wyobraźni jako takiej, sprawiła że zaczęłam się zastanawiać, co ja sama właściwie wiem o stylach i strojach różnych epok. Oczywiście, że w szkole miałam historię ubioru, a nawet pracę dyplomową robiłam z tegoż właśnie zakresu, niemniej starość nie radość - skleroza postępuje...


Aby więc, aby sprawdzić swoją wiedzę merytoryczną w temacie, a przy okazji odświeżyć i poszerzyć horyzonty, poza internetowymi poszukiwaniami inspiracji i wiedzy, postanowiłam odkurzyć stare zasoby:






Lektura ze wszech miar miła dla zmysłów. Do tego z obowiązkowymi ilustracjami i... podpowiedziami dla chętnych do działania.




W poszukiwaniu inspiracji



Ale moje poszukiwania inspiracji nie obejmują wyłącznie ubioru, jego formy i kroju. Generalnie rzecz biorąc jestem - niestety - detalistką, uwielbiam szczegóły składające się na całość. Liczy się więc nie tylko fason odzieży, albo mówiąc bardziej elegancko: "garderoby", ale i dodatki. A na te może się składać wszystko, od misternych haftów, przez całą gamę koronek aż po plecionki i elementy dziergane.

W tym celu odkurzyłam stare zbiory, wśród których znalazłam:









Może teoretycznie nie do końca wpisują się w schematyczne myślenie o stylizowanych inspiracjach, niemniej pamiętać trzeba, iż nie są to wymysły naszej epoki a swoje źródło mają w odległej przeszłości i niejednokrotnie poszczycić się mogą wielowiekową tradycją. I nawet, jeśli na pierwszy rzut oka tłumaczenia i przedstawione przedmioty rękodzielnicze lub ich elementy są nieadekwatne, to posługując się nieco zmodyfikowanymi środkami (jak np. cieńsze szydełko i nić...) można uzyskać zaskakujące efekty. Wszystko jest kwestią wyobraźni.

Czasami żałuję, że jednak nie skończyłam renowacji zabytków...

poniedziałek, 9 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - "Pieszczoch" cz.1 - zakwas




Nie wiem, czy pamiętacie, ale gdzieś tam kiedyś, przy jakiejś okazji napisałam, że planuję wrócić do wypieku chleba. Przepis, z którego korzystam, jest - delikatnie mówiąc - nieco wymagający, dlatego też zwykłam swój wypiek nazywać "Pieszczochem". Przy odrobinie cierpliwości wkrótce się dowiecie, dlaczego.



"Pieszczoch" - cz. 1 czyli zakwas żytni


Od razu muszę się przyznać, że "Pieszczoch" nie jest wyłącznie moim autorskim pomysłem. Przepis na ten chleb powstał w wyniku kompilacji kilku przepisów dostępnych m.in. tu oraz kilku udogodnień własnych.

Niemniej początek jest zawsze ten sam: żeby powstał chleb, dobry chleb a nie drożdżowa buła, musi być zakwas. Jak go zrobić?



Zakwas


Zakwas to - jak się już wcześniej rzekło - pierwszy etap "Pieszczocha". Już po czasie i zaangażowaniu w jego powstawanie można zacząć mieć przypuszczenia odnośnie genezy nazwy... Ale, do rzeczy!

Zakwas przygotowujemy 5 dni. Tak, dobrze przeczytaliście: dni. 5. 
A teraz po kolei:

1.
(Czyli pierwszego dnia...)
1/2 szkl. mąki żytniej wymieszać z 1/2 szkl. letniej wody. Całość zostawiamy w dużym słoiku przykrytym gazą, w ciepłym miejscu.

2. 
(Dzień drugi...)
Do słoja wsypujemy jeszcze 1/4 mąki i dolewamy tyleż letniej wody. Całość ponownie mieszamy i odstawiamy.

3. 
Dodajemy kolejną 1/4 szkl. mąki i tyle samo letniej wody. Mieszamy, odstawiamy.

4. 
Tym razem dodajemy znowu 1/2 szkl. mąki i 1/2 szkl. letniej wody.

5.
Ostatniego dnia dodajemy już tylko płaską łyżkę mąki i tyleż letniej wody. Mieszamy i dostawiamy. Po 2 godzinach (co za odmiana;)) zakwas jest gotowy do użycia.

I na dzisiaj to tyle. Teraz możecie żyć w niepewności;)

Frywolność wieczorową porą






We współczesnym świecie kobiety mają łatwiejsze zadanie w kwestii samorealizacji niż jeszcze sto lat temu. W ogóle role kobiece w społeczeństwie podlegają szybkim przemianom i - w pewnym sensie - podziałom (mam tu na myśli kierunki bardziej postępowe oraz konserwatywne, ze wszelkimi odcieniami pomiędzy).

Ale ten post nie będzie ani feministycznym wykładem (albowiem do takich zadań absolutnie nie pretenduję), ani też kulturoznawczą tudzież socjologiczną prezentacją. Czym i o czym zatem będzie?...


Kobiety niepokorne



Podjęty tytuł ma dużo bardziej prozaiczne podłoże: otóż znalazłam kolejną pozycję, którą zamierzam przeczytać.

Dlaczego akurat to? 
Powodów jest kilka: przede wszystkim bohaterki - kobiety z charakterem, które wiedzą, czego chcą i potrafią dążyć do realizacji swoich marzeń. Po drugie: Mój ulubiony czas akcji - przełom XIX i XX wieku. Wielopłaszczyznowa rewolucja.





20 historii 20 kobiet, kobiet które "zmieniły świat". 
Jak przeczytam, napiszę czy rzeczywiście było warto poświęcić tej książce czas szczególnie, że jest to kolejna pozycja, której przeczytania nie mogę się doczekać.




Frywolność wieczorową porą


Po "Kobietach niepokornych" taki tytuł nie powinien dziwić;)
A jednak. Muszę ze skruchą przyznać, że jest... delikatnie mówiąc: trochę nagięty.
Szczególnie, że w grę wchodzi nie stricte frywolność, a frywolitki. Taka trochę perfidna gra słów.
Ale liczę na Waszą wyrozumiałość.
Otóż postanowiłam Wam pokazać, takie coś:





Niestety czarny to jeden z tych kolorów, które uparcie dominują w mojej szafie i dodatkach, toteż nie powinno dziwić, że i tym razem się pojawia...

Już wkrótce inne frywolitkowe pomysły. W końcu to blog niewspółczesny;)

niedziela, 8 lutego 2015

Przepiśnik Irenki - jeżyki i blok







Jeżyki i blok




Mądrzy ludzie mawiają, że "przez żołądek do serca". Osobiście bardzo lubię kulinarne wyzwania. Oczywiście w zakresie wcześniej wspomnianym, czyli ze skrzywieniem na przepisy domowe i kuchnię kresową.

Dziś trochę słodyczy (szczególnie mi się przydadzą na dzisiejszy wieczór...). Przedstawię Wam przepisy mojej Mamy na jeżyki (na zdjęciu wyszły mało "zjeżone", ale to zależy od płatków) i domowej roboty blok. Uwaga! Będzie słodko i kalorycznie!



Jeżyki

składniki:
2/3 kostki masła (lub margaryny)
2 szkl. cukru (może być trzcinowy)
6 łyżek mleka
3 łyżki kakao

ok. 1/2 op. płatków owsianych (lub: ryżu preparowanego, migdałów, wiórków kokosowych...)

Składniki zagotować. Jeśli ktoś lubi może dodać zapach, pokruszą wanilię albo inny wynalazek wg upodobań. Ja robię bez "polepszaczy". Do masy dodać płatki owsiane, ryż preparowany, migdały. Moje są z płatków owsianych. Na taką porcję schodzi ok. 1/2 opakowania. Chwilę pogotować. 
Gęstą masę wykłada się łyżką na talerz.
Smacznego!



Blok

składniki:
1 kostka masłą (lub margaryny)
1/3 szkl. wody
2/3 szkl. cukru
4 łyżki kakao

1/2 op. mleka w proszku,
herbatniki
ew. bakalie

Wodę, masło, cukier i kakao połączyć, doprowadzić do wrzenia. Zestawić z ognia.
Do masy wmiksować 1/2 opakowania mleka w proszku. Wkruszyć herbatniki, dodać bakalie. Całość wyłożyć do lekko natłuszczonej formy i schować do zakrzepnięcia do lodówki.
Smacznego!



Trochę retro



Śnieg otulił kołdrą
świat gdzieś za oknami
tęsknota krąży cicho,
błednie
pomiędzy ścianami...





Trochę retro




"Retro" to swoją droga ostatnio bardzo modne określenie. Chociaż językowo rzecz ujmując samo słowo "retro" pochodzi z łaciny i oznacza tyle, co "wstecz", "w przeszłości", aktualnie najczęściej spotykany jest w odniesieniu do stylu życia (szczególnie mody) lat '50. Ja odniosę się do szerszego ujęcia przenosząc się, jak to często w moim przypadku, do lat '30.

I tu znowu trochę przewrotnie. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem... szydełko. 

Jak już wcześniej wspominałam szydełkowanie nie jest moją domeną. Gdybym miała wybierać spośród wielu rękodzielniczych umiejętności prawdopodobnie wybrałabym haft. Prawda, jakie to niewspółczesne?... Ostatnio znajduję dla niego nowe zastosowania. Może kiedyś nawet powiem Wam, jakie?...

Ostatnio jednak, jak to się już wcześniej rzekło, szydełko mnie "prześladuje". Szumnie powiedziane i lekko z przymrużeniem oka, albowiem cała rzecz dotyczy zleconych "misji specjalnych". Jedna z nich obejmował siateczkę na włosy. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie robiłam, nie miałam też okazji mieć na włosach, niemniej podjęłam wyzwanie. Efekt - taki, jak na poniższym zdjęciu:





Modelka nazwała mój wytwór "ogonem bobra"... Pewnie coś w tym jest.
Tak siateczka prezentuje się na płasko:




Ta akurat zrobiona jest ze zwykłego kordonka, więc może i nie wygląda specjalnie delikatnie ale włosy na pewno utrzyma na miejscu. Z resztą w latach '30 siateczki miały różną grubość, i nici, i splotu. W noszeniu tego typu akcesoriów chodziło przede wszystkim o to, aby utrzymać misternie ułożone fryzury, lub ciężkie loki w jednym ułożeniu. Dodatkowo stanowiły element dekoracyjny.

Na koniec coś z zupełnie innej beczki:
We wcześniejszych postach pokazywałam Wam moją kolejną, świeżo rozpoczętą serwetkę. Jako, że nie jest zbyt okazała pod względem wielkości została ukończona stosunkowo szybko. Tyle tylko, że z przyczyn technicznych i chwilowej niedostępności komputera (jak to współcześnie brzmi!) nie mogłam Wam jej pokazać.





Jeszcze nie uprasowana, więc prezentacja tylko fragmentaryczna póki co, ale musicie mi wybaczyć, to wszystko przez weekendowe wędrówki;) Rzecz jasna obiecuje poprawę. Mam nadzieję, że już wkrótce pokażę Wam ją w pełnej krasie, na stoliku.

czwartek, 5 lutego 2015

Ziołowy zakątek - czystek

Lektura "Upadłych dam..." nadal nie została ukończona. Z jednej strony - wstyd, że  tak długo to trwa (i jeszcze potrwa), z drugiej - cud, że w ogóle się posuwa do przodu ze względu na nadmiar zajęć i "zmianę scenerii" ("polowe warunki" z dala od domwego zacisza i komputera). Pisanie na niewielkim wyświetlaczu telefonu z celowaniem w malutkie kratki liter do najłatwiejszych przy pisaniu dłuższych tekstów nie należy... Za ewentualne błędy - z góry przepraszam.

Czystek

Ale dziś nie o książkach, ani o Dwudziestoleciu. Zgodnie z tematem dziś post o ziołach. A konkretnie o jednym, mało znanym - Czystku.
To trochę przekorny temat, albowiem niewiele ma wspólnego z naszą wieloletnią tradycją. Sama roślina bowiem pochodzi - podobno - z rejonu basenu Morza Śródziemnego. Inna nazwa tej rośliny to róża skalna, ze względu na występowanie. To właśnie dzięki, miedzy innymi, intensywnemu nasłonecznieniu miejsc porastanych przez Czystka oraz glebie bogatej w magnez zioło to zyskuje walory, korzystnie wpływające na organizm.
Zgodnie z różnorodnymi źródłami roślinie tej przypisuje się szereg działań regenerujących, zaczynając od składników mineralnych i witamin po oczyszczanie organizmu z metali ciężkich i substancji toksycznych.
U nas czystek dopiero zyskuje popularność mimo, że na zachodzie jest znany już od dawna.  Warto jednak wiedzieć, że najlepszy susz to ten, w którym przeważają kwiaty i liście Czystka, natomiast zawierający jak najmniej gałązek. Poza niewielkim potencjałem składników mineralnych te ostatnie nadają jeszcze goryczki gotowemu wywarowi.
Herbatkę z czystka zaleca się pić raz, dwa razy dziennie, głównie wieczorem.
Mimo swojej niewspółczesności akurat Czystek gości u mnie od kilku miesięcy. Czy pomaga? Na pewno nie szkodzi;) A tak szczerze: jestem spokojniejsza. Czy to dzięki niemu? Pewności nie mam, ale smaczną herbatkę wieczorem - i owszem:)

wtorek, 3 lutego 2015

Dwudziestolecie z innej perspektywy








Jestem mgłą przezroczystą
Ulotną i dziką
Otulam przestrzenie
Mroczną tajemnicą
Gwiezdny blask zasłaniam 
Przed wzrokiem wędrowca
Złej drogi mu życząc
Zguby na manowcach




Dwudziestolecie z innej perspektywy



Zaczynając od początku:

Lektura "Upadłych dam II Rzeczpospolitej" jest na prawdę wciągająca. Co prawda nawał domowych obowiązków utrudnia czytanie, niemniej zawsze jakiś skrawek czasu udaje mi się wygospodarować.

Przy okazji dotarło do mnie, że czegoś mi w tym brakuje. Mimo, że - póki co - książkę oceniam na prawdę wysoko! Otóż, dotarło do mnie, że do pełni szczęścia, tej pełnej "integracji" z opisywanym światem (szczególnie w przypadku zdarzeń związanych z naszą stolicą) brakuje mi warszawskiej gwary. Ten wychodzący z użytku i - niestety - zapomniany twór jest mi bardzo bliski. Mój Tata jeszcze czasami bardzo ładnie opowiada coś w taki sposób. On się w tym środowisku, na starej Woli, wychował. Ja już miałam trudniejsze zadanie, albowiem od wielu lat Warszawę zasiedla głównie ludność napływowa, nie mająca bladego pojęcia (bez urazy!) o języku starej Stolicy. Dodatkowo oficjalna, książkowa polszczyzna skutecznie zwalcza zwroty typu "warstaty" czy "włanczanie" traktując to jako błąd językowy. No cóż, staro-warszawski pozostaje obecny w filmach i... niektórych książkach.

Oczywiście rozumiem, iż na potrzeby "Upadłych dam..." mógłby to być ten przesądzający "grzybek w barszczu". Tak dla własnej przyjemności i rozszerzenia świadomości o przedwojennej rzeczywistości postanowiłam uzupełnić swoje "wyimaginowane braki". Bądź co bądź środowisko stołecznych elit, przedstawionych przez Janickiego nie było jedynym funkcjonującym w tamtym czasie...

 Tym sposobem w swoich rozmyślaniach doszłam do kolejnej lektury. Z racji swoistych trudności "językowych" postanowiłam czytać ją fragmentarycznie, po jednym felietonie dziennie (ot, taka "zasada stopniowania przyjemności"). Mowa rzecz jasna o Stefanie "Wiechu" Wiecheckim. Akurat książek tego autora jest u nas pod dostatkiem. Na pierwszy ogień poszedł pierwszy tom serii "Śmiej się pan z tego" 1936-1939. Dokładnie zaczęłam od początku czyli od "Bić świadków" ze zbioru "Znakiem tego" z 1936 r.







...I coś z zupełnie innej beczki:




Tymczasem w przerwie między tymi "gwarowymi" dywagacjami podjęłam kolejne szydełkowe wyzwanie:





Tu etap "pajączka":




Dla wszystkich tych, którzy cierpią na arachnofobię etap post-pajęczakowy:




A na zakończenie, "początek końca":




Niezależnie od tego, czy jesteście ciekawi, jak to się skończy, czy też nie i tak Was o tym poinformuję;)



niedziela, 1 lutego 2015

(Nie)współczesność wieczorową porą





(...)
Słowem przekreślona
Postać źle stworzona
Nadal pragnę tulić
Marzenia w ramionach
Lecz dziś nie istnieję
Na przekór istnieniu
Które jeszcze woła
Wiatrem po imieniu




(Nie)współczesność wieczorową porą



I pożegnałam "Lato leśnych ludzi"... Kolejna lekka, łatwa i przyjemna lektura, przenosząca czytelnika w leśne ostępy, do tego szczególnego "raju" natury. Aż by się chciało, aby przyszła wiosna, aby móc znowu spędzać czas wśród kojącej zieleni... 
No, ale rozmarzyłam się. Wracam na ziemię.

Na pozostałe książki Rodziewiczówny przyjdzie czas. Wszystko po kolei. Teraz czas na kolejną książkę K. Janickiego, tym razem "Upadłe damy II Rzeczpospolitej". 





Szczerze przyznam, że jestem jej bardzo ciekawa. Szczególnie po poprzedniej lekturze tego pisarza. Rzecz jasna zdam relację z postępów czytelniczych.


Ale... to nie jest tak, że cały czas spędzam na lekturze.
W międzyczasie udało mi się także skończyć wspomnianą już gdzieś tam wcześniej serwetkę.
Tak wygląda na stoliku:








A tu widok całości:


Żeby nie było, że mam taką wyobraźnię - wzór został zaczerpnięty z pisma "Diana. Robótki" nr 1/2007. Jeśli ktoś chciałby się pokusić o własną interpretację na domowy użytek poniżej przedstawiam schemat:



Serwetka ma status: nietrudna, więc potencjalni chętni nie powinni mieć z nią problemów.
Jak macie ochotę i "wolne moce przerobowe" zawsze możecie się pobawić:) To dobry relaks. Tak, wiem, że nie dla wszystkich. Poza tym wiem też, że serwetki są takie niewspółczesne...



Irena poleca - Cyrk Skalskiego





Irena poleca



Niewspółczesnej mi też się zdarzają czasami bardziej współczesne wybory, szczególnie gdy w grę wchodzą bliskie osoby...


W tym miejscu jeszcze na chwilę chciałam powrócić do kwestii gwiazdkowych prezentów. Co prawda święta już dawno za nami, ale temat prezentów potrafi przewijać się kilka razy w ciągu roku przy okazji różnorakich urodzin, imienin itd. Dziś chciałam Wam przedstawić pomysł na prezent dla bliskiej mi osoby, który wykorzystałam właśnie na minioną Gwiazdkę.
Jako, że mam na co dzień do czynienia z miłośnikiem militariów, samolotów (szczególnie II wojny światowej) i historii jako takiej wymyśliłam, że podaruję Mu kubeczek i koszulkę z logo Cyrku Skalskiego:




Szeroki wybór tego typu asortymentu dostępny jest na stronie http://kroghulfactory.cupsell.pl/ albo na fb https://www.facebook.com/KroghulFactory/app_1428843320715155.

Muszę powiedzieć, że Obdarowany był na prawdę bardzo zadowolony a kubeczek jest jego ulubionym. Jeśli macie w swoim otoczeniu kogoś o podobnych zainteresowaniach i szukalibyście ciekawego pomysłu na prezent, to moim zdaniem ten jest godny polecenia.